przystanek centrum

tam gdzie kończą się możliwości

Bóg jak nikt inny zna nasze potrzeby i wie za czym tęsknimy. np. za spokojem ducha, tak jak to było w moim przypadku. we wrześniu 2013 roku wróciłam do pracy po urlopie wychowawczym. niechętnie wracałam do pracy ze względu na jej specyfikę (bankowość), aczkolwiek żyć człowiek z czegoś musi, ponadto synek w wieku przedszkolnym rwał się, aby rozpocząć swoją przygodę z edukacją. los chciał, że nie trafiłam do placówki bankowej, z której odchodziłam przed urlopem. przyjęto mnie do placówki, gdzie akurat było wolne miejsce. i od tej pory praca stała się moją kulą u nogi. tym co nie wiedzą, powiem, że praca w banku jest w dzisiejszych czasach jedną z najcięższych psychicznie do wytrzymania. plany sprzedażowe i ciągła presja na dobry wynik potrafią dać w kość. jakby tego było za mało w moim przypadku, jeszcze dyrektorka w nowym oddziale dokładała swoje trzy grosze, swoją zawziętością, ponadstandardową kontrolą pracowników, ciągłym naciskaniem i niezadowoleniem z pracy zespołu. już od dawna wiedziałam, że w tej placówce fajnie nie jest, właśnie ze względu na przełożoną. zero szczerego wsparcia i zrozumienia z jej strony. bywały takie dni, kiedy z bólem brzucha szłam do pracy, wracałam z płaczem, nie spałam po nocach, bo stres nie dawał mi spokoju. odbijało się to między innymi na moich relacjach z mężem i dzieckiem. wołałam do Boga – TYLKO TY MOŻESZ TO ZMIENIĆ. ze swojej strony dokładałam wszelkich starań, aby realizować powierzone mi cele. zaczęłam także szukać nowej pracy, niestety z marnym rezultatem. bywały dni depresyjne i tylko sobotnie spotkania na przystanku niebo oraz kontakt z Bogiem i wsparcie bliskich pozwalało przetrwać ten koszmar. doszło w pewnym momencie do tego, że dostaliśmy przykaz pracy w sobotę (kiedy normalnie placówka w ten dzień nie pracuje). pomimo szczerych rozmów z dyrektorką, usłyszałam przykrą odpowiedź: „dla mnie możecie sobie wierzyć w co chcecie (ogólnie odniosła się do pracowników), nawet w szatana, nikogo nie będę traktowała inaczej”. musiałam przyjść w sobotę. mogłam zostać zwolniona z tego dnia pracy pod warunkiem wykonania kosmicznych planów sprzedażowych w ekspresowym tempie. pozostała mi tylko modlitwa, bo sama nie byłam w stanie dać z siebie więcej niż potrafiłam do tej pory. Bóg zadziałał! jako jedynej udało mi się dokonać niemożliwego i sobotę miałam wolną (choć i tak bym nie przyszła, ale to wiązałoby się pewnie z pewnymi nieprzyjemnościami). Bóg zwyciężył w tej nierównej walce. bo której On nie zwycięża? wtedy po raz pierwszy poczułam Jego wielkie błogosławieństwo dla mnie w dziedzinie pracy. uchwyciłam się obietnicy: „powierz Panu drogę swoją, zaufaj Mu, a On wszystko dobrze uczyni”. jednak z dnia na dzień mimo małych naszych zwycięstw, ciągle czułam pętlę stresu na szyi. moje niewypowiedziane westchnienia i wypowiedziane modlitwy wręcz błagały Pana o zmianę w moim życiu. postawiłam sobie ultimatum. albo w 2014 roku w styczniu się coś zmieni (nowa praca? cokolwiek?), albo składam wypowiedzenie. tak żyć nie można! i tu zaczęło się moje wielkie odczucie Bożej opieki i działania w moim życiu. w ostatnich dniach grudnia dowiedziałam się, że na miesiąc zostaję przeniesiona do placówki w innym mieście (bliżej mojego miejsca zamieszkania). przyjęłam to bez emocji, nie spodziewałam się wtedy, że szykują się zmiany na lepsze. będąc w nowej placówce zobaczyłam, że mimo iż praca w banku nie jest łatwa, to można pracować w przyjaznej atmosferze, z poczuciem wsparcia ze strony przełożonego i choć bywały momenty napięcia, to ogólnie odpoczywałam psychicznie! marzyłam i wzdychałam: „Boże, jak dobrze by tu było zostać na stałe!, ale czy to możliwe? przecież nie ma miejsca tu dla mnie”. i tak przez cały miesiąc myślałam sobie o tym. w ostatni tydzień stycznia postanowiłam zadziałać i zapytać tamtejszą dyrektorkę o możliwość pozostania u nich na stałe. nie znajdowałam okazji, nie wiedziałam jak to ugryźć, przejmowałam się jak to będzie wyglądać? cały poniedziałek w myślach miałam: „Boże spraw, aby nadarzyła się jakaś spontaniczna okazja do rozmowy na ten temat, abyś Ty sam ją zainicjował”. cały dzień i nic… cisza… poddałam się, ale nie ON! już byłam jedną nogą za drzwiami placówki, kiedy dyrektorka mnie zawołała i coś tam zagadnęła. rozmowa skończyła się na tym, że dowiedziała się, iż chciałabym u nich zostać, i że jest taka szansa, i ona się wszystkiego dowie! wyszłam oszołomiona z pracy! moja radość nie miała granic! uwielbienie trwało, a w myślach: „cokolwiek się wydarzy to TY o mnie pamiętasz! czy uda się tu zostać, czy nie to Ty o mnie myślisz. zdaję się na Twoje prowadzenie”. na drugi dzień (wtorek) z samego rana, jeszcze w szatni otrzymałam dwie wiadomości: „gosia, nie możesz z nami zostać teraz. nie ma miejsca, ale jak tylko coś będzie się zmieniać, jesteś pierwsza w kolejce!” w moim sercu smutek, choć byłam na to przygotowana. druga wiadomość: „na ostatnie trzy dni stycznia jedziesz do innej placówki, bo tam brakuje pracowników. poznasz elę, za którą tutaj jesteś”. dla mnie to była bardzo nielogiczna decyzja i kiepskie rozwiązanie, ale co ja mogę, skoro jestem tylko małą pracującą mróweczką, ostatnią w łańcuchu pokarmowym tej korporacji? pojechałam. teraz wiem, że to Bóg zadziałał, abym była w tej kolejnej placówce, bo poznałam elę. i dzięki rozmowie z nią, ona też podjęła pewną decyzję. a mianowicie taką, że chce opuścić swoją macierzystą placówkę i pozostać w tej, w której jest na zastępstwo. wahała się jakiś czas, zastanawiała, obawiała się reakcji swojej dotychczasowej dyrektorki. dostała ode mnie informację, że z chęcią zajmę jej miejsce. decyzja została podjęta, miejsce za elę się zwolniło, a ja mogłam składać podanie o przeniesienie!!!! Bóg zadziałał ekspresowo, posłużył się także mną jako wsparciem i pomocą dla eli. wpłynął na decyzję ludzi (tych z wyższego szczebla) natychmiastowo (bo moje przeniesienie nie było i nie jest taką prostą sprawą). wysłuchał moich modlitw i wziął pod uwagę moje ultimatum. od stycznia 2014 jestem lżejsza i weselsza! i choć muszę jeszcze w lutym pracować na „starych śmieciach”, to od marca moje przeniesienie jest zatwierdzone, zaklepane, podpisane! a ja wielbię za to Boga! dokonał dla mnie dużej zmiany. dziękuję Ci za to!

gosia