przystanek centrum

w imieniu Jezusa

kilka lat temu stwierdzono u mnie pewną dolegliwość. towarzyszką mojego życia stała się migrena. ale nie taka ot sobie migrena znana powszechnie jako ostry ból głowy. moja migrena to tak zwana migrena z aurą. oznacza to tyle, że nie tylko boli mnie głowa, ale mam zaburzenia wzroku, mowy i koordynacji ruchowej, nie mogę pisać, mówię jak po sporej dawce alkoholu, nie pamiętam nazw przedmiotów, drętwieje mi ciało. słowem pełen wypas. 

kiedy moja „towarzyszka” dopadła mnie ostatnio, poprzestała „jedynie” na okropnym bólu głowy. czułam jakby ktoś pastwił się nad nią wkładając i wyciągając z niej wielki szpikulec. stwierdziłam, że się położę, ale niewiele to dało. kiedy wstałam czekałam, aż ktoś zaproponuje modlitwę o wypędzenie tego bólu, ale jakoś nie miałam odwagi o to poprosić. mój kochany mąż pobiegł do sąsiadów po tabletkę, a ja ciągle myślałam, że wcale nie chcę jej zażyć, chcę, żeby to Bóg dotknął mnie i zabrał to, co szatan włożył w moje ciało. kiedy rodzice zauważyli, że coś ze mną nie tak usłyszałam: trzeba się modlić a nie brać tabletki. takie wiecie, pół żartem pół serio. ja jednak uchwyciłam się tego i mówię: tak! chcę się modlić! dwie osoby położyły ręce na mojej głowie i wołały do Pana ogłaszając Boże Królestwo i uzdrowienie. w czasie modlitwy czułam cudowną ulgę, jakby wszystko się rozpłynęło, ale po kilkunastu minutach ból, chociaż mniejszy, powrócił. tata modlił się jeszcze raz i i zanim dojechałam do domu po migrenie nie było śladu! mam nadzieję, że moja towarzyszka nie powróci już nigdy i oddaję chwałę Jezusowi za to co się stało! alleluja!

pola